Sklep Fundacji Canis

sklep fundacji canis Sklep Fundacji Canis, gdzie kupisz upominki, ozdoby, antyki, przedmioty artystyczne, malarstwo, linoryt - cały dochód przeznaczony jest na pomoc dla zwierząt.

Kup sobie prezent i wspomóż zwierzaki.

 

Diksi - koteczka do adopcji

kotka do adopcjiKoteczka Diksi szuka nowego domu - jest grzeczna, zdrowa, wysterylizowana i bardzo przymilna. 

Diksi była bita  przez kilka innych kotów w ośrodku adopcyjnym i nie chce przebywać z innymi kotami w tym samym pokoju.  Dlatego jedynym dla niej wyjściem jest małe i ciasne pomieszczenie, gdzie jest sama.  adopcja

1% podatku za 2018

jedenprocent pieskot1 1

koty i kotkiKoty z klasztorów Pod niebem Hellady

Od kilku lat początek czerwca oznacza dla mnie, że nadszedł czas na prawdziwą próbę charakteru, jaką jest wyjazd do Grecji na rajd Akropolu. Najtrudniejsza i owiana legendą eliminacja rajdowych samochodowych mistrzostw świata przyciąga mnie jak magnes i za każdym razem dostarcza swoistego katharsis. Kilka dni w morderczym upale, wysoko w górach, wznoszących się wprost z morza i kurzu wzbijanego przez pędzące samochody, to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Wyprawa zawsze obfituje w niespodziewane zdarzenia i przygody. Staram się jednocześnie poznać jak najlepiej kraj bogów Olimpu. W tym roku miałem okazję spotkać bardzo charakterystycznych mieszkańców Grecji. Oczywiście były to koty. Koty niezwykłe. Koty z klasztorów. Monastyry, których setki rozsiane są po terytorium Hellady, to swoiste małe państwa, gdzie prawo i rytm życia wyznacza Bóg. Niektóre małe jak wiejskie chaty, inne - wielkie świątynie zamieszkałe przez kilkuset mnichów. Klasztorny rygor często odcina jego mieszkańców od otoczenia, jednak są i takie, które służą jako atrakcje turystyczne.

Atos, mnisi i koty

Dwa najbardziej magiczne skupiska klasztorów to słynne Meteory w okolicy Kalambaki oraz Atos - trzeci ząb półwyspu Chalkidiki. Atos to państwo w państwie, z granicą, wizami, zamknięte dla przeciętnego turysty. Trafia tam tylko ten, kto wie, po co przybył i ma wystarczająco dużo samozaparcia i cierpliwości, żeby zdobyć wizę. Dla pozostałych są wycieczki statkiem wokół półwyspu. Najosobliwszą cechą tego azylu mnichów jest to, iż na jego teren nie może wtargnąć żadna istota płci żeńskiej, większa od drobiu. Przestrzegany z całą surowością zakaz czyni leżące u stóp góry Atos klasztory doskonale odpornym na pokusy cywilizacji Zachodu światem. Ale są pewne istoty, która bezkarnie mogą łamać ów zakaz i zakradać się w serca medytujących. To koty, a ściślej mówiąc kotki. Nie wiadomo, czy to "palec boży", diabelski żart czy po prostu pragmatyzm, ale wśród starych murów klasztorów pełno jest kotów. Podobno ich natura wydała się tak czysta, że znalazły tu azyl. A może po prostu zyskały uznanie ich łowieckie zdolności, dzięki którym liczebność gryzoni utrzymuje się w rozsądnych granicach? Jedno jest pewne: Atos, mnisi i koty to nierozerwalne elementy półwyspu. Życie "braci mniejszych" wśród mnichów to niemal idylla, choć nikt ich tutaj nie rozpieszcza. Mają jednak spokój, poczucie bezpieczeństwo i tyle wolności, ile zapragną. Wylegując się na słońcu, rozmyślają o tym wszystkim, co je otacza i wydają się szczęśliwe, o czym można się przekonać patrząc im w oczy. Oczy, które bywają niebieskie, zielone, różnokolorowe, ale zawsze magiczne. Takie spojrzenie koty mają tylko tutaj. One same różnią się dość znacznie od naszych dachowców. Są bardziej smukłe i delikatne. Sylwetką przypominają koty syjamskie. Charakterystyczne jest to, że nie znajdzie się tutaj dwóch kotów o tym samym rysunku na futrze. "Mozaika kolorów" to najlepsze określenie typowego kociego mieszkańca Atos.

Mistyczne zwierzęta

Niekiedy zdarza się, że kot wkrada się w sferę sacrum i podgląda swoich opiekunów, jak misternie malują ikony; zapada w letarg, gdy odprawiane są liturgie. To niezwykły widok, gdy kot wydaje się rozumieć mistyczność obrzędów i gdy zachowuje się adekwatnie do sytuacji. Tutaj jest to codziennością. Stare mury, zaułki i wykute w skałach uliczki to "naturalne" środowisko kotów-mnichów. Dobrotliwe, brodate twarze popów i miseczka strawy to cały ich świat. Rozrywką jest upolowanie myszy czy zabawa w chowanego wokół drewnianych zabudowań otaczających klasztor. Nigdzie się nie spieszą, nie przejmują upływającym czasem. Dni spędzają na medytacji w promieniach słońca bądź w kojącym chłodzie cienia rzucanego przez wieżę świątyni. Po kilku godzinach przestaje się tu zauważać brak wszelkich zdobyczy cywilizacji, zegarek wydaje się zbędnym bibelotem, zaczynamy stapiać się z tym miejscem. Stajemy się powoli jak koty, które będąc tu, zrozumiały sens życia... a może to one go tutaj sprowadziły.

Koty z Meteorów

Zdecydowanie inny rytm życia mają koty z "wiszących klasztorów" Meteora. To bardzo popularna atrakcja turystyczna, i choć tylko część klasztorów jest otwarta dla zwiedzających, wydaje się, że turyści to stały element krajobrazu. Koty zamieszkujące klasztory żyją według rozkładu przyjazdu autokarów. Wraz z pierwszą wycieczką pojawiają się nie wiadomo skąd i ocierając o nogi przyjezdnych, domagają się poczęstunku. To bardzo skuteczna metoda, o czym świadczy kondycja kotów. Więcej jest tutaj podobnych do polskich dachowców przedstawicieli kociego rodu. Prawdopodobnie część z nich to potomkowie "przyjezdnych". Koty z Meteorów to kosmopolici potrafiący "dogadać" się z nawet najbardziej egzotycznymi turystami. Za nic sobie mają rygory klasztorne i ich przestrzeganie. Nauczyli ich tego zwiedzający, dokarmiając czym popadnie każde napotkane zwierzę. Potrafią za to jak nikt inny zachęcić do zakupu przewodników, pamiątek, obrazków. Żadna reklama nie zwabi tylu gości co mały kotek bawiący się pękiem breloków. Ale te koty mają tez drugą naturę. Zanim pojawią się pierwsi turyści, potrafią uszanować mistyczność miejsca, które dzielą z mnichami, i stąpając na palcach, przechadzać się korytarzami średniowiecznych klasztorów. Zatrzymają się czasem w zadumie przed relikwią i odchodzą nie wiadomo dokąd, tak jak nie wiadomo skąd przyszły. O świcie, wracając z polowania, usiądą na moment, żeby zachwycić się pięknem okolicy. Trudno odgadnąć, o czym wtedy myślą, ale patrząc na nie, ma się wrażenie, że bardziej niż turyści rozumieją, po co tu się zjawiły, i dlaczego zostały. U stóp Olimpu

Wracając znad Morza Jońskiego zatrzymałem się w Pantalejmonas, u stóp masywu Olimpu. Najstarsza w tej części Grecji zamieszkała wioska słynie z dwóch rzeczy: najdroższej ziemi w Grecji i niepowtarzalnego nastroju. Tutaj czas zatrzymał się setki lat temu. Rozsypujące się prastare domy kontrastują z odrestaurowanymi budynkami. Wszędzie zieleń drzew, czerwień dachówek i kamienne ściany budowli. W środku kościół i mała restauracja schowana pomiędzy drzewami. Widok na morze z wysokości kilkuset metrów. Bajka. Ale także to miejsce bez kotów nie byłoby tym, czym jest. To one nadają mu tajemniczości i magii. Przechadzają się, nie zwracając na nic uwagi. Mają swoje sprawy. Żyje ich tu kilkanaście. Każdy w innym kolorze i o innym usposobieniu. Jedne płochliwe, inne nawiązują przyjaźń już po kilku chwilach. Niesamowite było podglądanie ich życia codziennego, zwyczajów, dróg, kłótni, czułości. W pewnym momencie wydawało mi się, że to one obserwują mnie i zastanawiają się, czego mogę od nich chcieć. A ja chciałem je tylko zrozumieć. Miałem być tutaj pół godziny. Spędziłem cztery i wciąż nic nie wiem o życiu greckiego kota. Ale na pewno tutaj wrócę jeszcze wiele razy i może kiedyś poznam jego tajemnice.

Maryla Weiss


KOT 11 - lipiec 2006
magazyn dla miłośników kotów.

koty kotki

Jednak koty

Znów spodobały mi się psy - nie psy jako takie, bo lubiłam je zawsze, ale konkretne pojedyncze osobniki. Właściwie osobniczki, dwie, młode suczki z Fundacji Canis, szukające domów u odpowiedzialnych ludzi. Takich jak ja - od razu pomyślałam, patrząc łakomie na obie ślicznotki.
W drodze do domu zrobiłam rachunek sumienia i wyświetliłam sobie w głowie przegląd filmów krótkometrażowych pokazujących rozliczne epizody moich bliskich kontaktów z psami. Nie wypadło to zbyt dobrze i musiałam przyznać, że ręki do psów to ja jednak nie mam.
Taki na przykład Gacek. Wracałam kiedyś z pracy (sto lat temu, kiedy nie mieszkał jeszcze ze mną żaden kot) i w okolicy mojego bloku przyłączył się do mnie nieduży, rudy piesek z trwale uszkodzoną, podkurczoną tylną łapką. Wszedł za mną do windy, a potem do mieszkania. Jakoś nie miałam odwagi protestować, nie żebym się go bała, ale ujęła mnie determinacja tego inwalidy i jego pewność, że nie zostanie na lodzie.
Z lodem był realny problem, gdyż srożył się styczeń, nie to co w tym roku - prawdziwie mroźny i śnieżny. Skoro świt wyprowadzałam Gacka na spacer, rzecz jasna na smyczy. Ale tak mnie prosił, żebym go na chwilkę, na momencik puściła i zawsze ulegałam. I zawsze pies uciekał, olewał mnie totalnie i nic sobie nie robił z moich nawoływań. I zawsze spóźniałam się przez to do pracy.
I nigdy nie potrafiłam zdobyć się na ukaranie go lub poważne skarcenie. Nawet jeśli już na niego wrzasnęłam, to za chwilę na przeprosiny całowałam go w czółko. Gacuś machał wesoło ogonem, a w jego rozumnej łepetynie kodowała się pożyteczna informacja, że ma do czynienia z nieszkodliwą wariatką.
W końcu któregoś ranka załamał się pod nim lód na kanałku przy moim osiedlu. Zanim go wyłowiłam i doniosłam do domu, już się nabawił zapalenia płuc. Nie była to epoka lecznic na każdym kroku, więc jeździłam z nim na zastrzyki na drugi koniec miasta. Musiałam wziąć urlop. Miałam wtedy czas pomyśleć, że aby mieć psa i nie zwariować, trzeba posiadać cechę, której mi brakuje, a mianowicie konsekwencję.
Błagalne spojrzenie psich oczu powoduje we mnie kompletne odmóżdżenie - nie jestem w stanie odmówić mu czegokolwiek. Potrafi wyglądać tak nieszczęśliwie, że niespełnienie jego oczekiwań wpędzałoby mnie w permanentne poczucie winy. Nie można przecież żyć w ciągłym poczuciu winy, prawda?
Z kotami jest zupełnie inaczej. Kotom nie odmówię niczego z całkiem innej przyczyny. Im się najzwyczajniej w świecie podlizuję. One nie patrzą błagalnie, tylko wyczekująco. Więc spełniam ich życzenia, zanim jeszcze okażą swoją wolę. Nówcia zerknie z koszyka na komodzie w stronę zamkniętych drzwi, a ja już biegnę, żeby je dla niej otworzyć. Dymuś wskoczy na kuchenną szafkę - pędzę z poczęstunkiem. Góralka wejdzie do łazienki - szybko wyjmuję przepierkę z umywalki i odkręcam kran, żeby mogła się napić tak jak lubi.
Należy chyba z tego wyciągnąć wniosek, że mam charakter podnóżka i wyśmienicie nadaję się na opiekunkę (czyli służącą) tej kociej kadry kierowniczej. Na dodatek jest mi z tym dobrze, podległość kotom mnie uszczęśliwia i choć zdarzają się momenty, kiedy budzi się we mnie chęć buntu i protestu, szybko uciszam te fanaberyjne odruchy. Skoro już, nieprzymuszona, oddałam władzę nad sobą w łapy kotów, nie ma co się buntować czy boczyć. Szczególnie, że co i rusz dostaję od nich rozmaite nagrody, takie jak mruczenie, przytulanie, współspanie, pomoc w czytaniu (zwłaszcza gazet), szyciu i gotowaniu.
No i mam możność patrzenia w te nieprawdopodobnie piękne oczy i poszukiwania w nich akceptacji dla swoich poczynań. Oczywiście poczynań dotyczących bezpośrednio właścicieli owych oczu.
Dziś przed sklepem zobaczyłam pieska i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Tu wtrącę, że okropnie denerwują mnie ludzie, którzy uważają, że jak pies posiedzi przed sklepem, to już jest wybiegany.
Zawsze mam przy sobie aparat fotograficzny, ale jakoś nigdy wtedy, kiedy jest coś interesującego do sfotografowania. Piesek był mały, biały, z zabawną długą mordką zwieńczoną wielkimi, sterczącymi uszami, przedzieloną równo w połowie. Lewa strona biała, prawa całkowicie (razem z uchem) czarna. No coś cudownego.
Obiekt moich nagłych uczuć bardzo dygotał, więc przyszło mi na myśl, że mogłabym go "uratować", zabierając z tego miejsca do ciepłego domu. Cóż to za podły właściciel, oburzałam się w duchu, przywiązujący na zimnie takie słodkie stworzonko. Ale "doszłam do rozumu" i zostawiłam psa gdzie siedział - przecież dobrze pamiętam nie tylko Gacka, ale i te inne pieski, które przeszły przez moje niekompetentne ręce. Kajtuś samodzielnie jeżdżący na gapę tramwajem; Karina o przeraźliwie smutnym spojrzeniu podrzutka; Saba odebrana, a właściwie ukradziona bazarkowym pijakom, którzy ją katowali; szczeniak Kleksik znaleziony w głębi lasu...
Bardzo szybko znajdowałam im domy, z całkowitym przekonaniem, że nie podołam wyzwaniu. Zresztą wtedy miałam już koty, dużo kotów, coraz więcej kotów.
Jednak WYŁĄCZNIE koty.

Maryla Weiss


KOT 3 - marzec 2008
magazyn dla miłośników kotów.

koty kotki

Gdzie jest Filemon

Jest taka lecznica, do której lubię chodzić, gdyż mieszka w niej kot Filemon. Minęły już cztery lata od czasu, kiedy został tu przyniesiony jako umierający na koci katar maluch. Chorobę udało się wyleczyć, lecz kotek stracił oczy - jedno całkiem, drugie niby nie, ale obrosło błoną i kot jest niewidomy. Nic mu to jednak nie przeszkadza, lecznicę zna jak własną kieszeń - nauczył się, gdzie co stoi i bez problemu wskakuje na meble, sypia w umywalce i wita pacjentów w poczekalni.
Wszyscy go uwielbiają, przynoszą mu smakołyki i cieszą się, że to takie miłe, takie przyjazne zwierzętom miejsce - proszę popatrzeć, mieszka tu ślepy, uratowany kot i dobrze mu się w życiu wiedzie.
Filemon akceptuje bez wyjątku psich i kocich gości, bo przecież świetnie wie, że oni są tu na chwilę, a on pozostaje niepodzielnym władcą tego terytorium. Czasem trzeba go zamykać w "socjale" - gdy kot podczas zabiegu za głośno wrzaśnie o ratunek, to Filek, niczym karetka pogotowia, na ten ratunek mu spieszy. Natomiast jedna bardzo bojaźliwa kotka spokojnie znosi wszelkie przy niej czynności wyłącznie w obecności Filemona. Jej opiekunka już w drzwiach lecznicy pyta: Gdzie jest Filemon?
x
Jest taka lecznica, do której nie lubię już chodzić. Mieszkał w niej kot Filemon, lecz dostał eksmisję. Po czterech latach wiernej służby w charakterze sanitariusza został przeniesiony w miejsce przypadkowe, niesprawdzone, obce. Byle jak, byle szybko.
Bo lecznica teraz ma być wzorcowa. Donice z kwiatami (Filek niszczył kwiaty), plastikowe stojaki z karmami leczniczymi (mógłby po nich skakać). Poza wszystkim Filek nie jest zbyt urodziwy psułby nowy, wspaniały wizerunek tego przybytku.
I przecież tak łatwo można sobie wytłumaczyć - on teraz nareszcie ma prawdziwy dom. Tylko czy ktoś go spytał o zdanie?
No trudno. Nie pora na sentymenty, kiedy biznes wzywa. Takie czasy.
Maryla Weiss


KOT 1 - styczeń 2008
magazyn dla miłośników kotów.

kocięta

Kocia telewizja

W Stanach Zjednoczonych już od czterech lat działa Meow TV - koci kanał telewizyjny. Czy stacja o takim profilu ma szansę przetrwać na rynku? Okazuje się, że tak!
Meow TV po raz pierwszy nadała program 30 maja 2003 roku. Jak mówią jej twórcy, jest to stacja "dla kotów oraz ludzi, których koty tolerują". Przeprowadzone przed jej uruchomieniem badania dowiodły, że co najmniej jedna trzecia kotów lubi oglądać programy telewizyjne. Docelową widownią Meow TV jest w założeniu ok. 19 milionów spośród 35 milionów kotów żyjących w amerykańskich domach.
Ramówka stacji jest tak skonstruowana, aby programy były jak najbardziej atrakcyjne... z kociego punktu widzenia. Na przykład program "Squirrel Alert" to coś w rodzaju teledysku, na którym wiewiórki w takt muzyki biegają po drzewach. "Cat Critics" z kolei pokazuje koty domowe oglądające filmy o ich dzikich kuzynach - lwach czy gepardach. Są też programy "z udziałem" rybek.
W Meow TV pojawiają się również propozycje skierowane do właścicieli zwierząt. Niekwestionowaną gwiazdą jest kot Garfield. Swoje pięć minut mają także m.in. kot Felix (inny bohater filmów rysunkowych) oraz Salem - gadający kot znany z serialu "Sabrina - nastoletnia czarownica". Opiekunowie Mruczków mogą też przesyłać do studia krótkie, zabawne filmy z życia swoich pupili.
Bloki reklamowe, a także program "The House Cat Shopping Network" (rodzaj "kocich telezakupów") są zdominowane przez reklamy produktów dla kotów, mniej lub bardziej przydatnych.
Dla Amerykanów Meow TV nie jest żadnym dziwactwem. Już pierwszego dnia działalności stacji wielu właścicieli kotów zapowiedziało, że zamierza oglądać ten kanał razem ze swoimi zwierzakami. Przy tak dużej liczbie kotów w amerykańskich domach, pomysł założenia kociej telewizji jest jak najbardziej racjonalny. Programy w Meow TV zostały przygotowane z pomocą kotów, które oglądały i oceniały, czy warto poświęcić im odrobinę uwagi.
Meow TV może być elementem uatrakcyjniającym życie "nowoczesnego, amerykańskiego kota". Miejmy tylko nadzieję, że Amerykanie nie stwierdzą, iż pełna miska, spanie i telewizja to wszystko, czego kotu do szczęścia potrzeba. Może niektórym właścicielom to wystarcza. Koty są jednak bardziej wymagające.

A.Z.


KOT 1 - styczeń 2008
magazyn dla miłośników kotów.

koty i kotki

Nie taki czarny kot straszny...

Odkąd pamiętam, w moim życiu był zawsze jakiś czarny kot. Nawet wymarzony pierwszy rodowodowy pers okazał się czarną koteczką Klaudią o pięknie brzmiącym przydomku hodowlanym "Czarna Perła". Wszelkie przesądy związane z czarnymi kotami mogłam więc dokładnie sprawdzić na swojej skromnej osobie.

Jeśli czarny kot przebiegnie ci drogę, nie należy dalej nią iść, gdyż może spotkać nas nieszczęście. Należy poczekać, aż ktoś inny przekroczy tę "pechową linię".
Pod tą teorią podpisuję się obiema rękami. Tyle tylko, że z przyczyn bardziej pragmatycznych niż wiara w pecha. Jako że w naszym domu mieszka obecnie aż pięć czarnych łobuzów (reszta tylko dla niepoznaki zakłada rano futra innego koloru) bardzo często zdarza mi się przekraczać tę zakazaną pechową linię. Skutki zwykle są opłakane. Rozpędzona czarna Karusia, która biega "jak gepard tylko szybciej", nieraz przecięła mi drogę z kuchni do pokoju, najczęściej akurat wtedy, gdy niosłam świeżo zaparzone kawę i herbatę. Oczywiście zawartość obu kubków lądowała na podłodze. Znalazłam jednak sposób, by odwracać złe moce. Wystarczy zawołać głośno: "Ziemowit! Zabierz te potfory!" i już ten niby pechowy szlak między kuchnią a pokojem zostaje przetarty.

Serwis Koci Dom powstał z myślą o kotach i zawiera zdjęcia kotów, porady jak opiekować się kotem, różności o kotach. 

Koci Dom - Ważne! Serwis Internetowy Koci Dom nie jest organizacją opieki nad zwierzętami i nie reprezentuje żadnje organizacji!

Koci Dom jest zaprzyjaźniony z Fundacją Canis. Zajrzyj do kącika adopcyjnego Fundacji Canis - może znajdziesz przyjaciela na całe życie.

Jako że Koci Dom nie jest schroniskiem ani organizacją nie ma żadnej możliwości pomocy finansowej, rzeczowej ani przyjmowania zwierząt.

Serwis Koci Dom  prowadzę sama, dlatego też nie mam możliwości zamieszczania ogłoszen o zwierzętach do adopcji.