Sklep Fundacji Canis

sklep fundacji canis Sklep Fundacji Canis, gdzie kupisz upominki, ozdoby, antyki, przedmioty artystyczne, malarstwo, linoryt - cały dochód przeznaczony jest na pomoc dla zwierząt.

Kup sobie prezent i wspomóż zwierzaki.

 

Diksi - koteczka do adopcji

kotka do adopcjiKoteczka Diksi szuka nowego domu - jest grzeczna, zdrowa, wysterylizowana i bardzo przymilna. 

Diksi była bita  przez kilka innych kotów w ośrodku adopcyjnym i nie chce przebywać z innymi kotami w tym samym pokoju.  Dlatego jedynym dla niej wyjściem jest małe i ciasne pomieszczenie, gdzie jest sama.  adopcja

1% podatku za 2018

jedenprocent pieskot1 1

Księżniczka Sissi  Stefanie Zweig

Fragment książki 3

Podjąwszy decyzję, miauknęłam cichutko i potrząsnęłam łbem. W tym momencie poczułam pierwsze ciężkie krople deszczu na uszach. Wyraźnie pociemniało. Zaczynało padać. Błysnęło raz i drugi. Zagrzmiało. Choć należę do wąskiego kręgu kocich wybrańców nie obawiających się ani ognia, ani burzy, poczułam się nieswojo. Dotarło do mnie, że nie mogę pozostawać dłużej sama bez ochrony i wsparcia na tym okropnym deszczu. Zdecydowałam, że muszę zacząć działać. I to szybko. W swoje nowe szczęście powinnam wkroczyć zadbana i elegancka. A już w żadnym razie nie mogę wyglądać jak jakaś przemoczona, zabiedzona mysz. Ostatecznie o tym, co ludzie o tobie sądzą, decyduje zawsze pierwsze wrażenie, jakie na nich zrobisz. Jak cię widzą, tak cię piszą, mówi przysłowie ukradzione kotom, które ludzie uważają za swoje własne.
Gwałtowny wiatr zmusił mnie do czynu. Szybko zlazłam z drzewa, popędziłam w stronę domu, i gdy do niego dotarłam, na sekundę przywarłam mokrym ciałem do muru. W oka mgnieniu wskoczyłam na okienny gzyms. Lewą łapą podrapałam w szybę. Moja długowłosa wybranka stawiała właśnie talerz na stole i stukanie uszło jej uwadze. Zaczęłam więc bębnić w okno ze zdwojoną siłą, używając do tego obu przednich łap. Drapałam wszystkimi pazurami, wrzeszcząc przy tym tak, że aż rozbolało mnie gardło.
Trwało całą ludzką wieczność, zanim mnie usłyszała i podeszła do okna. Trąc czoło, dotknęła jednej z róż stojących na parapecie i rozejrzała się wokół.


- Czy zawsze jesteś taka mało spostrzegawcza? - krzyknęłam, aby zwrócić na siebie uwagę. Wtedy właśnie otworzyła okno. Podmuch wiatru rozwiał jej włosy.
- Wielki Boże, ale pada - powiedziała do siebie samej.
- Nie pada tylko leje! I nie wielki Boże, tylko biedny mały kotku, proszę pani! - wrzasnęłam, ile sił w płucach.

 Mój krzyk rozpaczy poskutkował. Wreszcie mnie dostrzegła i szybkim ruchem wyciągnęła obie ręce w moją stronę. Pomyślałam, że dobrze by było nie dać się tak od razu złapać. Tak na wszelki wypadek. Powinna na początek odnieść wrażenie, że jestem płochliwa i skonsternowana. Nic tak nie obłaskawia człowieka jak nieufny, wystraszony zwierzak. Jawnie okazywana płochliwość wzbudza w nim potrzebę zapewnienia opieki biednej, opuszczonej, bezdomnej istocie. Cofnęłam się więc, ale nie za bardzo. Nie mogłam jednak przeciągać struny i żeby jej nie zniechęcić, postanowiłam pozostać w zasięgu rąk. Przyznaję szczerze, iż postarałam się, żeby łapanie mnie nie poszło zbyt łatwo. W tym celu zmusiłam moją piękność do wychylenia się z okna w sposób wręcz karkołomny. Próbując przełamać moją nieufność, akrobatka przemawiała do mnie w sposób mogący poruszyć nawet głaz. Ja jednak pozostawałam niewzruszona. Bardzo mądrze. To przecież ona ma zabiegać o moje względy, a nie na odwrót. W końcu jednak wielkodusznie skapitulowałam. Dałam się wreszcie złapać, żałośnie przy tym pomiaukując.
- Co tu robisz? - zapytała. - Na miły Bóg, jesteś przemoczona do ostatniej nitki. Moje biedactwo.

Głos był cudowny, miękki jak jej piersi, do których mnie przytulała, i zarazem głęboki jak fałdy jej spódnicy. Brzmiał mi w uszach niczym najwspanialsza marcowa kocia pieśń miłości. Tryumfowałam w duchu. Udała mi się sztuczka z nieufnym kotem. Znalazłam się w środku. Nadal jednak udawałam paniczny strach, gdy kandydatka na kaskaderkę niosła mnie delikatnie w kierunku sofy, jakby obawiając się, że może zrobić mi krzywdę. Cały czas wyprężałam mokre ciało i miauczałam żałośnie, jakby mnie przygotowywano do obdzierania ze skóry. Ona dotarła tymczasem do sofy i usiadła na jednej z różowych poduszek. Ostrożnie umieściła mnie na kolanach. Gdy już wygodnie leżałam, zaczęła rękawami bluzki osuszać najpierw mój brzuch, a potem grzbiet.
- Czy nie ma w tym domu żadnych ręczników? - fuknęłam, ale niezbyt ostro, żeby jej nie wystraszyć. Rzecz jasna, nie pojęła o co mi chodzi. Leżałam spokojnie, pozwalając jej nasycić się nowo napotkanym szczęściem, czyli mną - śliczną syjamską kotką wziętą pod opiekę i ocaloną przed najgorszym.
Dwoma palcami, pachnącymi jak konwalie, moja wybawicielka pogłaskała najpierw czarne skarpetki na moich zgrabnych łapkach, a następnie delikatnie dotknęła mego nosa. Wydawała przy tym przez cały czas takie pomruki, jakby to ona uciekła przed deszczem, a nie ja.
Czułam, jak nawiązuje się pomiędzy nami nić porozumienia. To urocze stworzenie zaczynało stawać się moją własnością. Chociaż nie jestem ani próżna, ani zarozumiała, uważam, że oczywistych prawd nie wolno przemilczać. Żaden człowiek na świecie nie jest w stanie oprzeć się urokowi błękitnych oczu syjamskiego kota.
Jesteś taka piękna - stwierdziła moja wybawczyni. - Założę się, że sama o tym doskonale wiesz. A może koty nie wiedzą, co to lustra i nigdy się w nich nie przeglądają?

Nie zareagowałam na tak oczywistą bzdurę. Ona natomiast roześmiała się. Ciekawe, co ją tak rozbawiło. Jej śmiech brzmiał wspaniale, jak koci hymn pochwalny na cześć miski pełnej świeżej, tłustej śmietanki. Ostrożnie wstała i szeleszcząc spódnicą, poszła do kuchni, skąd wróciła niosąc piękny spodeczek. Gdy tylko ujrzałam dobrą porcelanę, wiedziałam, że dokonałam właściwego wyboru nowego domu. Jeżeli ktoś był zmuszony jeść z blaszanej miski, jak ja do tej pory, ten potrafi wyczuć wszystkimi czterema łapami, co się święci, a w szczególności zmiany na lepsze. Chociaż ciepłe mleko parowało zachęcająco i niebiańsko pachniało, nie ruszyłam się z różowej poduszki ani na krok. Przymknęłam jedynie oczy tak, że tworzyły wąskie szparki i postanowiłam trochę poczekać. Nie mogłam przecież sprawiać wrażenia wygłodniałego, pazernego, pozbawionego manier kociska. A już w żadnym razie nie mogłam postąpić jak jakieś głupie cielę, gotowe sprzedać swoją dumę za odrobinę mleka. Co to, to nie.
Nie wytrwałam długo w tym postanowieniu. Szybko zeskoczyłam z sofy i z prędkością strzały pognałam do spodka. Rzuciłam się na mleko jak wygłodniałe wiejskie kundlisko i wypiłam je w tempie, w jakim Grubas zazwyczaj opróżniał pierwszą butelkę swojego wieczornego piwa. Zapomniałam się tak dalece, że wylizałam do czysta całe naczynie, nie pozostawiając nawet kropli. Przyznaję, że bardzo mnie to zawstydziło. Próbując zatrzeć złe wrażenie, zamruczałam najładniej jak potrafiłam.
- Prawdopodobnie uważasz to za napój powitalny - stwierdziła dostarczycielka mleka, marszcząc czoło. - Muszę ci jednak oznajmić, że się grubo mylisz sądząc, że możesz liczyć na coś więcej. Najlepiej wyjaśnijmy sobie wszystko zaraz na wstępie. W tym domu nie ma miejsca dla żadnego zwierzaka. Poczciwa Julia nie jest typem, który lubi się wiązać. Ten fakt potwierdzi ci każdy, kto mnie zna.
Po usłyszeniu całej tej tyrady poczułam, że naprawdę zaczynam kochać tę gadatliwą kozę. Zakochiwałam się w jej poczciwej twarzy, w jej imieniu, w jej naiwności i bezbronności. Nie dałam jednak niczego po sobie poznać.
- Mój ty naiwny aniołku - powiedziałam - cóż ty możesz wiedzieć o kotach? Zamiast pleść bzdury, przynieś mi lepiej drugą porcję mleka.
Moja przyszła podopieczna nic jednak z tego nie zrozumiała. Stała z otwartymi ustami słodziutko zakłopotana, skubiąc kosmyki włosów. Prawdopodobnie nigdy nie nauczy się mego języka, ale to nie jest takie znowu ważne. Najważniejsze, że ja ją rozumiem. Na mojej znajomości ludzi można naprawdę polegać, pomyślałam z dumą. Kobiety pokroju Julii, ceniące piękną porcelanę, mają talent do uszczęśliwiania kotów. I w końcu tylko to się liczy.
Tymczasem Julia przyniosła z kuchni więcej mleka i powiedziała coś wyjątkowo głupiego, a zarazem wzruszającego.
- Na zdrowie!
Znowu zaczęłam pić. Tym razem wypiłam tylko parę łyków. Zmusiłam się do odejścia od pysznego, sycącego napoju. Podbiegłam do stołu, otarłam się grzbietem o jego nogi, usadowiłam wygodnie na mięciutkim dywanie - marzeniu każdego kota, i rozpoczęłam toaletę. Dywan należał już do mnie, podobnie jak jego dotychczasowa właścicielka. Długo i starannie ssałam pazury, wypluwając jeden po drugim ich zrogowaciałe, nieprzydatne do drapania osłonki. Nie spuszczałam przy tym ani przez moment oka z mojej czarującej Julii. Czy ona naprawdę nie pojmuje, że to koty wybierają sobie ludzi na towarzyszy życia, a nie na odwrót? Prawda ta obowiązywała od zawsze, była bardzo, bardzo stara, a zarazem wiecznie nowa. Julia zdradziła mi swoje imię, natomiast w dalszym ciągu nie wiedziała, jak ja się nazywam. Nie to było istotne. Jeszcze nie w tej chwili. Liczył się jedynie fakt, że byłam u siebie. Co do tego nie miałam już cienia wątpliwości.
Skończywszy manicure, powolutku wstałam. Przeciągnęłam się ostrożnie, narzekając przy tym, na wszelki wypadek, ile wlezie. Potrząsnęłam od niechcenia tylną łapą. To ją zaniepokoiło.
- Ty biedaku - jęknął mój niczego nie spodziewający się łup - Jesteś ranna? Chodź tutaj. Pozwól, że obejrzę twoją łapkę.
- Wszystko w porządku - uśmiechnęłam się do niej i na dowód, że mówię prawdę, wykonałam parę pełnych gracji podskoków, dokładając do nich małe salto.
- Cale szczęście! - odetchnęła - Myślałam, że kulejesz.
- Zamiast biadolić, lepiej siadaj! - rozkazałam.
Udało się. Zrozumiała. Podeszła do sofy i zdjęła buty. Stopy miała gołe. Moją uwagę zwrócił duży palec. Delikatnie go skubnęłam, przekrzywiłam łebek i obserwowałam, jak zareaguje. Rozwarłam przy tym swoje wspaniałe błękitne oczy tak, że stały się ogromne, jak spodki. Dobra. Chyba jej się spodobało. Zdecydowałam się więc na kolejną sztuczkę. Ułożyłam się wygodnie na jej stopie.
- Ty mała kokietko - pomstowała łagodnie. Nie odważyła się jednak poruszyć. Dobry znak. O to chodziło. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.
Obudziłam się dopiero wtedy, gdy Julia wzięła mnie na ręce. Gdzieś mnie niosła, a mnie było wszystko jedno dokąd. W stanie, w jakim byłam, syta, zaspana i błogo rozleniwiona, nie zdobyłam się na wysiłek otwarcia oczu. Starałam się robić na niej wrażenie kota uratowanego od śmierci.
- Tylko na dzisiaj - zamruczała Julia, kładąc mnie na łóżku.
- Serdeczne dzięki - westchnęłam, ponownie zapadając w głęboki, zdrowy sen.

Tłumaczenie: Urszula Pawlik


Serwis Koci Dom powstał z myślą o kotach i zawiera zdjęcia kotów, porady jak opiekować się kotem, różności o kotach. 

Koci Dom - Ważne! Serwis Internetowy Koci Dom nie jest organizacją opieki nad zwierzętami i nie reprezentuje żadnje organizacji!

Koci Dom jest zaprzyjaźniony z Fundacją Canis. Zajrzyj do kącika adopcyjnego Fundacji Canis - może znajdziesz przyjaciela na całe życie.

Jako że Koci Dom nie jest schroniskiem ani organizacją nie ma żadnej możliwości pomocy finansowej, rzeczowej ani przyjmowania zwierząt.

Serwis Koci Dom  prowadzę sama, dlatego też nie mam możliwości zamieszczania ogłoszen o zwierzętach do adopcji.